Wtedy nie wiedziałam od początku co się ze mną dzieje. Dziś wiem, że tak naprawdę to zaczęło się już w momencie CC, to było przy moim drugim synku. Przy pierwszym pamiętałam ten wyrzut endorfin jak go zobaczyłam i tę wszechogarniającą miłość, a przy drugim - położyli mi go na klatce piersiowej, a ja pomyślałam "to jakaś pomyłka, to nie moje dziecko" - żadnych pozytywnych uczuć, taka obojętność. To było straszne i przez pierwsze dni w szpitalu w ogóle nie miałam potrzeby go przytulać czy cokolwiek, mówiłam do męża, że chyba zamienili nam dzieci, bo nic nie czuję, on jest jakiś nie mój.
Po powrocie do domu niewiele się zmieniło, zajmowałam się nim oczywiście, ale bardziej z poczucia obowiązku niż z chęci. Oluś miał alergię, dużo płakał, a mnie to doprowadzało do szału. Nie miałam ochoty go wtedy tulić i uspokajać, tylko iść jak najdalej, żeby go nie słyszeć. To było straszne, bo wiedziałam, że tak nie powinno być, że powinnam mieć w sobie zupełnie inne uczucia, że coś się ze mną dzieje złego. Gdy mówiłam o tym mamie, wpędzała mnie w poczucie winy, że jak w ogóle mogę tak mówić i czuć.
Jak Olek miał 5 miesięcy pojechaliśmy z mężem i starszakiem na tydzień wakacji, a malucha zostawiłam z moimi rodzicami. To był ich pomysł, bo stwierdzili, że Turcja to zły pomysł dla takiego malucha, a ja się zgodziłam bez problemu. Niespecjalnie tęskniłam... Wiedziałam też, że to dziwne, bo starszaka bym w życiu nie zostawiła nawet na jedną noc, a Olka mogłam bez problemu.
Z powodu rehabilitacji (osłabione napięcie mięśniowe) byłam z Olkiem u psychologa i tam był w pakiecie właśnie logopeda, psycholog, neurolog itd. Pani psycholog, jak jej powiedziałam o swoich uczuciach, powiedziała mi, że nie powinnam mieć poczucia winy z powodu tych emocji, bo one takie są, że powinnam je zaakceptować i koniecznie iść po pomoc, dlatego zapisałam się do psychiatry. Pomogła mi tymi słowami, że to są moje uczucia i nie można ich negować ani mówić że są złe, bo one po prostu takie są i mam do nich prawo.
W końcu poszłam na wizytę do psychiatry, który miał dobre opinie w kwestii depresji poporodowej. Powiedziałam mu na wizycie o wszystkich moich emocjach, a on mi odpowiedział, że powinnam wyluzować, bo jestem przemęczona i to normalne!!! Wyszłam z gabinetu i się popłakałam. To był chyba jakiś przełom, bo wtedy pomyślałam że skoro lekarz mi nie pomoże to muszę sobie pomóc sama - zaczęłam częściej oddawać obowiązki mężowi czy rodzicom, poświęcać czas dla siebie i starszaka, dużo czytałam na temat depresji, moja mama wreszcie zrozumiała co się dzieje i zaczęła mnie bardzo wspierać. Malutkimi kroczkami w okolicach 9 miesiąca życia Olka zaczęłam patrzeć na niego inaczej. Powoli zaczęły się we mnie budzić pozytywne uczucia. Myślę, że doszłam do siebie jak Olek miał jakieś 14 miesięcy Dziś ma dwa lata i kocham go ponad życie, ale wtedy miałam momenty kiedy myślałam, że gdyby nie konsekwencje to bym go oddała albo wyrzuciła przez okno. Wstydzę się tych uczuć bardzo, nie rozumiem dlaczego ten lekarz wtedy mi nie pomógł, nie wiem też do końca co sprawiło, że poczułam się lepiej, może powrót do pracy, może pomoc bliskich.
To moja historia.